Opis
To płyta, z którą rozpocząłem swą trwającą do dziś, przygodę z Princem (a końca nie widać!). Chciałbym napisać, jak to spadłem z krzesła, zbierałem język z podłogi, oślepłem, ogłuchłem i w ogóle kompletnie oszalałem, gdy poznałem ten album, ale wcale tak nie było. Wiedziałem, że mam do czynienia z porządnym pod każdym względem produktem, ale jakoś nie miałem przeczucia, że oto właśnie obcuję ze szczytowym osiągnięciem Księciunia. Domyślałem się od początku, że będzie on skrojony pod szeroką publikę, niejako wręcz obliczony na zostanie przebojem, ale jego „dobroć” wydawała mi się wciąż do podważenia. Wydawało mi się, że ok, to najbardziej chwalona, ciesząca się największą estymą wśród dziennikarzy i największą popularnością wśród jego fanów (i z pewnością nie tylko ich), ale pewnie ma w dorobku coś jeszcze lepszego.
Znajomość reszty dyskografii (a przynajmniej jej większej części) wiele daje. Choć mam sporą słabość szczególnie do „Dirty Mind” i „Parade”, a w przeszłości to właśnie je wielokrotnie wskazywałem jako swoje ulubione punkty w dyskografii artysty, to z wiekiem coraz bardziej skłonny jestem przyznać palmę pierwszeństwa jednak temu cholernego „Purpurowemu deszczowi”! Bo to on zdecydowanie najlepiej sprawdza się jako całość – zwłaszcza jak jeden numer przechodzi w kolejny robi tutaj dodatkowe pozytywne wrażenie (jakby, kurczę, same numery w zupełności nie wystarczyły!). „Purple Rain” jest po prostu najrówniejszy. To pozycja najbliższa perfekcji u nadproduktywnego geniusza. To ciąg kozaków bez słabego punktu już od porywającego openera zatytułowanego adekwatnie „Let’s Go Crazy”. Tylko jeden indeks wskazałbym jako ten dla wytrwałych: „The Beautiful Ones”. „Wykręca z bólu uszu, oj wykręca”, jak by to sformułował Grzesiek Kszczotek z „Teraz Rocka”. Czyli po rozdelikaconym wstępie zapowiadającym czułostkową balladę spodziewajcie się dużo wrzasków w wykonaniu mistrzunia w jej codzie.
Utwór tytułowy z tym magicznym, niepodrabialnym pochodem akordowym zna każdy z Was, więc nawet nie będę się nad tą pamiętną „niekończącą się” balladą rozwodzić. Ale to sam koniec tej płyty, a wcześniej mamy drugi największy hit pochodzący z niniejszego dzieła: prawdopodobnie najbardziej funkowy numer pozbawiony basu w dziejach, czyli rzecz jasna „When Doves Cry”. Kto wie, czy w ten sposób Nelson nie antycypował obecnych hitów nierzadko pozbawionych partii tegoż instrumentu? Dlatego zapewne z całego lineupu akurat ta pieśń brzmi najbardziej współcześnie. Ale zgodzę się z rankingiem z portalu Porcys sprzed wielu lat (jeszcze za życia naszego bohatera), że najbardziej błyszczy tu wcześniejszy numer, „Take Me With You”. To chyba jeden z tych kawałków, które nie da się przedawkować. Wspomnę jeszcze tylko buńczuczną „Baby I’m a Star” z tym kapitalnym one-linerem „nie mam pieniędzy, ale mam bogatą osobowość”, którym do dziś raczę niewiasty (nie chcem, ale muszem, bo taka prawda!).
Tylko 9 numerów, a frajdy na dziesięciolecia!
Utwory
A1. Let's Go Crazy 4:38
A2. Take Me With U 3:53
A3. The Beautiful Ones 5:13
A4. Computer Blue 3:58
A5. Darling Nikki 4:15
B1. When Doves Cry 5:53
B2. I Would Die 4 U 2:49
B3. Baby I'm A Star 4:23
B4. Purple Rain 8:44