Opis
Do „Incesticide”, nominalnie trzeciej długogrającej płyty tria, a tak naprawdę składaka utworów o zróżnicowanej proweniencji, mam szczególny stosunek. Była to bowiem pierwsza płyta kompaktowa, z którą miałem bezpośrednią styczność. A ściślej: pierwszy cedek nabyty przez starszego brata. Śmiesznie to może teraz brzmieć, dla młodszych czytelników to wręcz prehistoria, ale pod koniec lat 90. obaj wciąż byliśmy przyzwyczajeni do kaset magnetofonowych, więc pierwszy dysk stanowił dla nas prawdziwym novum, istny przełom. Nawet okładka wydawała się w porównaniu z MC taka wielka (i ta kaczuszka na rewersie!), już nie mówiąc o pięknym, połyskującym srebrnym dysku (którym przecież można było pod pewnym kątem nakierować mały strumień światła, puszczając w ten sposób „zajączka”) kryjącym się tuż pod nią. Wydaje mi się, że brat, chcąc poznać ten materiał, był zmuszony zamówić w końcu swą pierwszą w życiu PŁYTĘ (co oczywiście łączyło się w większą ceną) w jedynym sklepie płytowym w naszej mieścinie dlatego, że wersja kasetowa chyba w ogóle nie była w obrocie, przynajmniej wtedy.
W tamtych odległych czasach, czyli ok. ćwierć wieku temu, popularne było, by odtwarzacze CD zawierały funkcję „shuffle”. Z dzisiejszej perspektywy gadżet zupełnie bezużyteczny, ale doświadczenie, by odsłuchać dany album w przetasowanej kolejności uważam za ciekawy, choć już praktycznie nigdy nie udało mi się do tej praktyki wrócić. Niemniej dużo wody upłynęło, by ów składak Nirvany (jedyny wydany jeszcze za żywota nieodżałowanego Cobaina) doczekał się konkurencji w braterskiej płytotece, więc każde urozmaicenie było jeszcze wtedy przyjmowane z entuzjazmem, przynajmniej moim. Na dobrą więc sprawę „Incesticide” zostaje do dziś pierwszym i ostatnim albumem w ten sposób przeze mnie konsumowanym.
Ale dobrze pamiętam, że utwory, które polubiłem najbardziej, znajdowałyby się na stronie A. Rewers to już były dosyć „harde” w odsłuchu pozycje, czyli odrzuty we właściwym tego słowa znaczeniu. Zdecydowanie bliższe stylistycznie do debiutanckiej „Bleach” niż multiplatynowej „Nevermind”. „Aero Zeppelin” to chyba mój najmniej ulubiony numer w dorobku ukochanego zespołu. Następujący po nim „Big Long Now” w stylu Alice In Chains pogarsza jeszcze efekt. Obie wcale nie są tragiczne, lecz niezmiennie wprowadzają mnie w zły nastrój. Album wieńczy jednak utwór wybitny i cieszy mnie, że ocalali członkowie zespołu nie zapomnieli o nim na okoliczność sporadycznych reaktywacji (w trakcie ceremonii wprowadzenia Nirvany w poczet Rock’n’Roll Hall of Fame wykonała go Kim Gordon). „Aneurysm”, bo o nim mowa, to zasadniczo jednoutworowa kwintesencja stylu zespołu (jako jedna z niewielu podpisana przez całą trójkę muzyków), numer elektryzujący, począwszy od tego „schodzącego” riffu, który rozpoczyna pokaźnych rozmiarów, jak na standardy zespołu, intro. „Problem” polega na tym, że nie jest to wcale wersja kanoniczna, tj. singlowa, lecz wykonanie radiowe, jednak do dziś, gdy o niej myślę, mam w pamięci przede wszystkim tę wersję, która przecież pozbawiona jest drugiej ścieżki gitary (czy raczej swoistego „dopełnienia” podstawowego riffu). Podobna sprawa jest z „Been a Son”. Tutaj jednak otrzymujemy znacznie lepsze podejście niż dosyć „stęchłą” wersję oficjalną, za którą nie przepadał nawet autor. Dave Grohl, który dosłownie przejął pałeczki od Chada Channinga, tchnął w ten numer nowe życie. (Notabene na omawianym albumie słyszymy bębnienie nie tylko tej dwójki, ale i Dana Petersa i Dale’a Crovera).
Ale wróćmy do początku. „Dive” fajnie wprowadzał w płytę – i jakże czyściutko brzmiał w porównaniu z budyniową jakością kasety! – ale to następny indeks porywał totalnie. Nie miałem wtedy jeszcze angielskiego w szkole, a skoro brat twierdził, że nazywa się „Silver”, to i ja tak mówiłem. W końcu jednak zwróciłem uwagę, że druga z trzecią literą są przestawione, co – również z uwagi na gapowatość brata – odczytywaliśmy jako „slajwer”. W sumie to parę ładnych lat nam zajęło skapnięcie się, że faktyczny tytuł „Sliver” czyta się właściwie „jak po polsku”… (sam szyld albumu też był dla nas całkiem karkołomny, nie wspominając już o tym, że nasz słownik nie podawał znaczenia tak „brzydkiego” słowa). W każdym razie chyba nie ma już sposobu, by jakakolwiek kompozycja poznana w obecnym wieku zdołała się tak wryć w łeb jak ten punkowy wymiatacz. Serdecznie też polubiłem obie przeróbki The Vaselines w postaci „Molly’s Lips” i „Son of a Gun” i nadal uważam, że Cobain przebił oryginalne wersje tych uroczych pieśni. Natomiast „New wave’owa” wersja ikonicznej „Polly” tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że najważniejszy jest kunszt songwriterski danego utworu, a nie jego aranżacja, tempo, brzmienie czy styl. /fc/
Utwory
1. Dive
2. Sliver
3. Stain
4. Been A Son
5. Turnaround
6. Molly's Lips
7. Son Of A Gun
8. (New Wave) Polly
9. Beeswax
10. Downer
11. Mexican Seafood
12. Hairspray Queen
13. Aero Zeppelin
14. Big Long Now
15. Aneurysm