Opis
Musiało to być jeszcze w 2012, maksymalnie rok później. Trafiłem w gdyńskiej Desdemonie na sprzedawcę, który liczebnie nie miał zbyt imponującego stoiska, lecz pozytywnie zaskoczyła mnie wśród tych kilku kompaktów na krzyż obecność albumu artysty, którego miałem – dodam, że zupełnie w ciemno – okazję podziwiać na scenie gdańskiego Żaka 24 lutego tego samego roku. Jono McCleery proponował wówczas „There is” i to właśnie on ukazała się wtedy moim oczom. A że występ wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie, postanowiłem nie przegapić również kolejnej okazji do bliższego zapoznania się z twórczością tegoż. Spytałem o cenę i już wtedy dostrzegłem na twarzy rozmówcy grymas zdziwienia. Zważywszy na to, iż kwota nie była zbyt wygórowana, prędko przystałem na ów deal, co spotkało się z jeszcze bardziej wymowną reakcją mojego nowego znajomego. Przyjrzał się baczniej produktowi, który lada moment miał puścić w świat, wtedy rzucił mi nieśmiałe spojrzenie, raz jeszcze na dysk, w końcu przełamał się i spytał… co to w ogóle jest.
Bo tak się składa, że historia zatacza koło, bo oto pod koniec zeszłego roku zauważyłem, że i my dysponujemy jego nagraniami, więc po kilku latach rozłąki z miłą chęcią powróciłem do brytyjskiego artysty porównywanego z lepiej rozpoznawalnym Finkiem, a jak dla mnie znacznie lepszym i ciekawszym. Jego styl przypomina soulmana, który gra folk z wyraźnymi inklinacjami jazzowymi.
Odważnie założę, że i Wy nie bardzo człowieka kojarzycie (chłop nie ma nawet swego hasła na Wikipedii!). Ale zważywszy na to, że często czuje się opory przed poznaniem nowego wykonawcy, to może, aby nieco złagodzić wejście po raz pierwszy do nowej rzeki, sięgnijmy wpierw po jego płytę z coverami? Co osobliwe, na „Seeds of a Dandelion” prawie nie udziela się instrumentalnie, choć przeważnie wydaje się nie rozstawać z gitarą (tutaj w zaledwie 3 numerach), a niekiedy sięga również po klawisze i bas.
Z rodziny Buckleyów zaczerpnął po jednym nagraniu. Na pierwszy ogień poszedł młodszy, do którego Jono często jest porównywany. I faktycznie: jego interpretacja „Morning Theft” jest bliska oryginałowi, w czym pomaga nieco zbliżony tembr głosu do Jeffa, aczkolwiek melancholijna pieśń została pięknie wzbogacona smykami, co tylko zwiększa „siłę rażenia”. Zasadniczo brzmi to tak, jakby ten utwór należał do nich obu. Obaj artyści wypadają nad wyraz przekonująco, zupełnie dla siebie naturalnie. Zaś z repertuaru starszego Buckleya odkopał „Dream Letter”. I też dobrze poszło.
Nic tak jednak nie cieszy niżej podpisanego, jak hołdy składane Scottowi Walkerowi. McCleery ośmielił się porwać na „Old Man’s Back Again”. O ile oryginał z genialnej „Scott 4” charakteryzował się chrupkim basem i raczej rytmicznym charakterem, o tyle przeróbka naszego bohatera opiera się na delikatnej gitarze elektrycznej w dialogu z zadziornymi smykami (zresztą skrzypce, altówka i wiolonczele rządzą niemal w każdym tracku).
O ile naturalnym krokiem było umieszczenie w tym gronie również kompozycji Rufusa Wainwrighta („Dinner at Eight”), Billie Holliday („God Bless the Child”) czy nawet „Wild is the Wind”, którą w przeszłości wykonywali giganci pokroju Niny Simone czy Davida Bowiego, o tyle „Halo” Beyonce Knowles trudno uznać za oczywistość. Fajnie, że załapał się również Paul Weller („Brand New Start”) czy supergrupa pod dowództwem Thoma Yorke’a i Flea tj. Atoms For Peace („Ingenue”). /fc/
Utwory
1. Gabriel
2. Brand New Start
3. Know Who You Are At Every Age
4. Dinner At Eight
5. Morning Theft
6. Ingenue
7. God Bless The Child
8. Halo
9. Old Man's Back Again
10. Wild Is The Wind
11. Dream Letter
12. La Ritournelle