Opis
Jeśli zastanawiacie się, kim do diabła jest Harry Nilsson, to wiedzcie, że najwyraźniej nie jesteście jedyni, skoro w 2006 roku światło dzienne ujrzał dokument o tytule „Who is Harry Nilsson (and Why is Everybody’s Talkin’ About Him)?”. Podtytuł nawiązuje do pamiętnej przeróbki pieśni Freda Neila „Everybody’s Talkin’” umieszczonej na ścieżce dźwiękowej kontrowersyjnego „Nocnego kowboja” z Johnem Voightem i Dustinem Hoffmanem. To był hit, którym rozbił bank, zgarniając szereg nagród. Następnym równie złotym strzałem była rzewna powerballada „Without You” autorstwa członków Badfinger, podopiecznych The Beatles.
I tak oto młody twórca o delikatnym (nierzadko określanym jako anielskim), acz bardzo mocnym i wszechstronnym głosie (tenor, 3,5 oktawy), komplementowany za różnorodne (choć oscylujące wokół szeroko pojętego softrocka) wyrafinowane kompozycje pełne wyszukanych, niebanalnych melodii raczej niespodziewanie utorował sobie drogę do sławy poprzez dwa nośne tematy cudzego pióra. Kto wie, czy wówczas nie powstała rysa, która wpłynęła na załamanie się jego kariery. O ironio zanim dorobił się własnego przeboju, jego utwory zdążyli nagrywać m.in. The Monkees, Three Dog Night czy Glen Campbell.
A wcale nie tak musiało być. Liczni rozmówcy tamtego obrazu – notujcie uważnie, bo to się w głowie nie mieści: poza członkami rodziny są to Robin Williams, Jimmy Webb, Eric Idle, Brian Wilson, Yoko Ono, Ray Cooper, Micky Dolenz, Terry Gilliam, Van Dyke Parks, producent najważniejszych płyt, czyli Richard Perry, ponadto uwzględniono wiele archiwalnych wypowiedzi choćby Johna Lennona –przekonują, że spokojnie mógłby zostać gigantem sceny rozrywkowej, gdyby nie raczej nietrafione decyzje osobiste oraz zawodowe (no i wyssany z mlekiem matki alk*holizm). Jednym z najbardziej osobliwych cech jego kariery było to, że artysta wcale nie koncertował. Występów telewizyjnych lub radiowych również nie było zbyt wiele i często odbywały się bez udziału publiczności.
Najłatwiej skojarzą postać biedacy chorujący na beatlemanię. Cała Fantastyczna Czwórka była z Nilssonem mniej lub bardziej zakumplowana (zwłaszcza niewylewający za kołnierz Starr i Lennon w trakcie tzw. straconego weekendu) i najwyraźniej do pewnego stopniu oczarowana jego kompozytorskim kunsztem, bowiem wpływy młodszego kolegi można wychwycić na takich krążkach, jak „Walls and Bridges” Lennona, „Extra Texture” Harrisona czy „Ringo” Starra. Zaś „Jump into the Fire” bardzo przypomina solowe próby Paula McCartneya (zwłaszcza pierwsze 2 części trylogii podpisanej wyłącznie nazwiskiem). Zresztą styl komponowania najbliższy był właśnie temu „najbardziej dyplomatycznemu” z Beatlesów. A prasa uwielbiała nazywać naszego bohatera „amerykańskim Beatlesem”. Po śmierci Lennona – z którym zdążył nagrać w 1974 roku dosyć „pijacki” album „Pussy Cats” – w grudniu 1980 zaangażował się w walkę o ograniczenie dostępu do broni w Ameryce. Inicjatywa szlachetna, ale przyjaciele ubolewali, że do czasu własnej przedwczesnej śmierci w 1994 roku niemal zupełnie porzucił przemysł rozrywkowy.
„Nilsson Schmilsson” z 1971 roku wskazywany jest na ogół jako szczytowe osiągnięcie nietuzinkowego artysty. Rzućcie okiem na listę współpracowników. Zdjęcie okładkowe cyknął Dean Torrance, czyli połowa duetu Jan & Dean („ubogich krewnych” The Beach Boys), a w studiu Harry’ego wspomogła śmietanka zaplecza muzyki tamtego czasu: Jim Gordon i Jim Keltner na perkusji, Klaus Voorman i Herbie Flowers na basie, Jim Price na dęciakach, Bobby Keys na saksofonie, John Uribe i Cris Spedding na gitarach, a Richard Perry dzieło wyprodukował. Pianino obsługiwał najczęściej sam artysta (choć w pierwszych latach kariery częściej posiłkował się gitarą), chyba że wyręczył go Gary Wright. Od siebie dodam, że album z roku następnego „Son of Schmilsson” zrealizowano w podobnym gronie (dodatkowo Ringo Starr jako Richie Snare na bębnach, George Harrison jako Harrysong i Peter Frampton na gitarze, Nicky Hopkins na klawiszach, Ray Cooper na perkusjonaliach) i możecie uznać go za jeszcze lepszy (jak niżej podpisany). Warto jednak zaznaczyć, że niuanse świadczące o jakości jego sztuki wymagają nieco większego skupienia niż u przeciętnego wykonawcy. Nader łatwo je zbagatelizować przy nieuważnym odsłuchu, ponieważ największe zalety wcale nie atakują uszu słuchacza „prosto z mostu”, lecz kryją się bardziej „pod spodem” (podobną przypadłością cechuje się twórczość Tymona Tymańskiego).
Utwory
A1. Gotta Get Up 2:24
A2. Driving Along 2:02
A3. Early In The Morning 2:48
A4. The Moonbeam Song 3:18
A5. Down 3:24
B1. Without You 3:17
B2. Coconut 3:48
B3. Let The Good Times Roll 2:42
B4. Jump Into The Fire 6:54
B5. I'll Never Leave You 4:11