Opis
Przepis na udany cover album wydaje się banalny: „podkraść” jak najlepszy materiał innym i nadać im własny charakter, ale w taki sposób, by uwypuklić najlepsze cechy obu wykonawców. Ale nie czarujmy się: albumy z coverami to nie jest coś, czym jakoś szczególnie ekscytują się ani słuchacze ani krytycy. A dla wykonawców na ogół stanowią łatwy, sprytny wytrych dla wytwórni nalegającej na kolejny album – szczególnie wtedy, gdy wena im akurat nie dopisuje. Albo zmęczeni twórczym procesem pragną sobie zafundować tym razem łatwiejszą sztukę, by podtrzymać dobrą koniunkturę; może nieco odreagować, pograć na luzie, a przy okazji złożyć hołd ulubionym kolegom i koleżankom po fachu. Czasem też potrzebują chwili oddechu bardziej śmiałym krokiem z autorskim materiałem, więc zarejestrują coś „przy okazji”. Niekiedy taki materiał długo kurzy się w archiwach.
Oczywiście wygląda to tak w uproszczeniu, bo genezy takich płyt wyglądają różnie – akurat w omawianym przypadku był to już drugi longplay, więc raczej nie było to efekt „zmęczenia materiału”, raczej próba zdyskontowania świetnie przyjętego debiutu „Diva” – ale naprawdę trudno byłoby wskazać wybitne przykłady takich przedsięwzięć. Ba, trudno nie odnieść wrażenia, że są powszechnie bagatelizowane. Nierzadko pomija się je przy wyliczeniach albumów studyjnych danego artysty, no bo przecież „nie jest to PRAWDZIWA płyta”, jednak nie zawsze materiał zarejestrowany w tym celu musi być traktowany po macoszemu.
Gdybym miał wybrać swój ulubiony coverowy album (lecz nie tribute album, który polega na tym, że różni artyści wykonują piosenki jednego wykonawcy), postawiłbym nie na „Rock’n’Roll” Lennona, „Pin-Ups” Bowiego ani serię „American Recordings” Johnny’ego Casha, ale na „Medusę” Annie Lennox. Ta pani to jakiś fenomen. Jakoś tak wychodzi, że mnóstwo moich znajomych bardzo ją ceni i trzeba przyznać, że głos ma nie od parady. Tylko ubolewać, że wedle niedawnych deklaracji artystka planuje wycofać się z działalności estradowej. Może poprzeczkę postawiła zbyt wysoko?
„Medusa” to również znakomita okazja, by przyjrzeć się inspiracjom tych, którzy inspirują nas. I jakże miło widzieć i słyszeć, że z Annie jaramy się podobnymi autorami, jak Neil Young, Paul Simon, The Clash, przejawiamy słabość do takich piosenek jak „Take me to the River” Ala Greena czy „A Whiter Shade of Pale” Procol Harum, jak również cenimy twórczość Boba Marleya. Ale też mobilizuje mnie, by wreszcie uważniej przyjrzeć się The Blue Nile, The Temptations czy nieznanych mi zupełnie The Persuaders. Flagowy numer otwierający całość, czyli „No More >>I Love You’s<<” jest tak lennoxowe, że długo byłem przekonany, że to jedyny autorski wyjątek na tym albumie.
Utwory
A1. No More " I Love You's " 4:51
A2. Take Me To The River 3:31
A3. A Whiter Shade Of Pale 5:17
A4. Don't Let It Bring You Down 3:36
A5. Train In Vain 4:38
B1. I Can't Get Next To You 3:09
B2. Downtown Lights 6:42
B3. Thin Line Between Love And Hate 4:54
B4. Waiting In Vain 5:40
B5. Something So Right 3:54
B6. Heaven 4:57