Opis
Depeszowcy z grubsza dzielą się na m/w równe połowy optujące za „Violator” lub za „Songs of Faith and Devotion”. Nie brak też zwolenników „Ultry”. Choć uwielbiam ją, jak i „Speak and Spell”, o których miałem już okazję tutaj pisać, tak na swą ulubioną płytę Depeche Mode bez wahania wskazuję „Black Celebration”. Co numer, to sztos. Zupełnie nie pojmuję, że można preferować inny krążek z katalogu Brytoli! I jakkolwiek cenię inne płyty, tak prawie zawsze muszę pomijać te najbardziej zajechane przez media fragmenty, tutaj z błogością mogę odpalić odtwarzacz i pozostawić go samemu sobie aż do mety.
Lubię ją również, a właściwie przede wszystkim dlatego, że płytę charakteryzuje najwyższy współczynnik partii wokalnych Martina Gore’a w historii zespołu: aż 4 na 11 numerów wykonał solo, a do tego 2 panowie wokaliści współdzielili mikrofon („Here is the House”, „Dressed in Black”). No i jeszcze „Fly on the Windscreen”, gdzie blondas odzywa się na dłuższą chwilę pod koniec utworu. To zaledwie drugi utwór z płyty, a Gore nie odda mikrofonu aż do kresu strony A. To musiało się udać! Największy ciężar komercyjny przejawia zdecydowanie pierwszy z trójcy, czyli „A Question of Lust”. Fortepianowa miniaturka – błyszczy tu Alan Wilder – „Sometimes” z pewnością list by nie podbiła, podobnie jak następna „It Doesn’t Matter”, gdy jest zbyt osobliwa jak na potencjalny lep dla szerokiej publiki. Za to, gdy już przełożymy dysk rewersem do góry, dostaniemy na pierwszy ogień istny killer, w którym na główny wokal powraca Gahan (blondas „budzi” się dopiero w outro). Niewiele jest lepszych utworów DM niż „A Question of Time” z tym doskonałym riffem: tak nośnym, a tak prostym i tak naturalnym jednocześnie. Jeszcze większe niż z płyty jest usłyszenie tego z płyty stadionu! Mistrzowski numer nie do podrobienia. Panowie chętnie sięgają po dziś dzień również po „Stripped”, który u mnie już takich ciarek nie wywołuje. Moim ulubionym numerem z tego albumu jest „Here is the House”, który – wydaje mi się – jest jakoś niesprawiedliwie pomijany w ogólnym dyskursie. „World Full of Nothing” to już ostatnia solówka autora całego materiału. W porównaniu z resztą można ją postrzegać jako całkiem pogodną pieśń! Do końca zostały już tylko 2 indeksy z Gahanem jako głównym rozgrywającym przy mikrofonie. „Dressed in Black” – który można traktować jako wokalną przymiarkę do późniejszego „Condemnation” – i kraftwerkowa „New Dress” godnie dopełniają dzieła.
Utwory płynie przechodzą jeden z drugi, co również wpływa korzystanie na odbiór dzieła, bo widać, jak drobiazgowo zostało zrealizowane. A fani potrafią docenić, gdy artyści się dla nich trudzą. Chciałbym, żeby tyle działo się w pierwszym lepszym numerze hiphopowym, ile słychać w openerze, czy większości następnych indeksów (w końcu podkłady do dziś powstają raczej w podobny sposób, czyli tak jak tutaj, za pomocą loopów). Można utyskiwać na brzmienie lat 80., ale i tak będę bronić znakomitej produkcji Daniela Millera, Garetha Jonesa i samego zespołu (ze wskazaniem na Alana Wildera).
Utwory
A1. Black Celebration
A2. Fly On The Windscreen - Final
A3. A Question Of Lust
A4. Sometimes
A5. It Doesn't Matter Two
B1. A Question Of Time
B2. Stripped
B3. Here Is The House
B4. World Full Of Nothing
B5. Dressed In Black
B6. New Dress